Historia jednej miłości... a nawet i dwóch.
    Aktualności    0 Komentarzy
Historia jednej miłości... a nawet i dwóch.

Historia o rękodzielniczce i miłości.

Witaj na naszej stronie!! Jeśli jesteś ciekaw naszej historii rozsiądź się wygodnie w fotelu i czytaj. Krótko nie będzie, krótko się nie da.


Cofnijmy się do przed początku.

Jest rok 2010, chłodny listopadowy wieczór. Za oknem koszalińskiego akademika szaro, ślęczę nad zadaniem z podstaw analizy matematycznej, prawie zasypiam. Koleżanka z pokoju wyjmuje pudełeczko i zaczyna wyciągać z niego jakieś wstążki, szpilki i tasiemki. Z zaciekawieniem przyglądam się tej mozolnej twórczości. Zaczyna mi się to podobać – niedobrze, miałam się uczyć. Po 30 minutach koleżanka podnosi do góry gotowe arcydzieło. Piękna, równiutka kulka styropianowa ozdobiona karczochowym wzorem zachęca by podejść i wziąć ją do ręki. Nie mogę się powstrzymać, idę. Unoszę bombeczkę i przyglądam się jej uważnie. Wspaniała! Czuję jak wirus rękodzielnika przez dotyk przenosi się na mnie. Rozchodzi się falą w najgłębsze zakamarki serca.
Wsiąkłam, wdepnęłam, pogrążyłam się wtedy na lata i do dziś nie wyleczyłam. Dziękuję Ci droga koleżanko za to, że pojawiłaś się w odpowiednim czasie w moim życiu i na zawsze je zmieniłaś.


Faza eksperymentów

Od 2011r fascynacja rosła z każdą wykonaną pracą. Tworzyłam do przysłowiowej szuflady, dla własnej satysfakcji. Z zachłannością dziecka pochłaniałam kolejne kursy i tutoriale DIY. Papierowa wiklina, quilling, decoupage , masa solna, koraliki, sutasz - niektóre techniki zatrzymywały mnie na dłużej, inne zdecydowanie nie wzbudzały większego entuzjazmu. Jednak by się o tym dowiedzieć musiałam ich doświadczyć. Doświadczyłam też nieznanej mi dotąd choroby skutkującej uzależnieniem. Choroba okazała się nieuleczalna i szybko postępowała, później było już tylko gorzej. Okazało się bowiem, że większość przedmiotów dotychczas uznawanych za śmieci, zmieniło nazwę na przydasie, zagracając tym samym pierwszą szafę. Drugie stadium choroby objawiało się magicznym znikaniem wypłaty z konta i słyszeniem dźwięków, najczęściej był to dźwięk dzwonka do drzwi zapowiadający kuriera. Zaanektowało mi kolejną szafę. Trzeci stan był jeszcze gorszy. Im bardziej zgłębiałam krańce internetu w poszukiwaniu tej jedynej ukochanej techniki, tym bardziej uświadamiałam sobie jak dużo wolnych półek mi jeszcze zostało w trzeciej szafie.

Zmiany

Rok 2011 przyniósł wiele zmian. Z różnych przyczyn syn zaczął często chorować na zapalenia krtani. W konsekwencji musiałam zrezygnować ze studiów informatycznych, z których i tak wiele w tamtym okresie nie wyniosłam bo zasypiałam na krześle po nieprzespanych nocach. By nie tracić roku, zapisałam się do technikum informatycznego zaocznego na sem. zimowy i zaczęłam rozglądać się za pracą. Przydasie same się nie kupią nie? ;)
Rozpoczynając naukę w nowej szkole postanowiłam, że dam z siebie wszystko i będę się sumiennie uczyć. Dla udowodnienia przed samą sobą, że tak będzie zdecydowałam się usiąść w pierwszej ławce. Traf chciał że w tej ławce już ktoś siedział.
Mądrze wygląda – pomyślałam – siadam.
Siedział tam nie kto inny jak mój przedmąż :) Jakby wiedział że poznał właśnie przyszłą żonę z szafami pełnymi przydasi, to pewnie uciekałby gdzie pieprz rośnie. I tak przez „zasiedziałość” ;) idziemy razem przez życie.

W niedługim czasie sympatia przerodziła się w głębsze uczucie. Zamieszkaliśmy razem ja, on, syn i 3 wielkie szafy przydasi. Dalej życie toczyło się schematycznie, aż do pamiętnego grudnia 2013, kiedy to urodziła nam się córeczka. Będąc na urlopie macierzyńskim, miałam sporo czasu, wtedy też dokonałam odkrycia które pozwoliło mi odpowiedzieć sobie na pytanie – „Co chcę w życiu robić?”. Masy termoutwardzalne! Choroba rękodzielnika wróciła i zaatakowała ze zdwojoną siłą. Nagle wszystko co nauczyłam się do tej pory przestało mieć znaczenie. Przydasie nagromadzone przez lata przestały istnieć. Była tylko ona - modelina. Owładnęła mną bez reszty. Zrezygnowałam z dalszej pracy na etacie, by całkowicie poświęcić się swoim marzeniom. Kopałam, kopałam głębiej, szukałam po nocach, jedną ręką karmiąc córkę drugą przeglądałam tutoriale, oglądałam filmiki, robiłam zakupy. Dźwięk dzwonka znów wybrzmiewał swą melodię a miejsce w szafach na przydasie niebezpiecznie się kurczyło. Kolejne eksperymenty przynosiły coraz lepsze rezultaty.

Dołączyłam do „Klubu Twórców Ludowych i Rękodzieła Artystycznego” w Koszalińskim Centrum Kultury. W niedługim czasie skonstruowaliśmy wraz z mężem pierwsze stoisko wystawiennicze, które do dziś dnia ewoluowało już chyba z dziesięć razy.


Swoje wyroby zaczęłam prezentować i sprzedawać okazjonalnie podczas imprez okolicznościowych i jarmarków. Moja pasja zaczęła wzbudzać zainteresowanie wśród różnych organizacji, mieszkańców Koszalina, oraz internautów. Zapraszano mnie bym prowadziła gościnne warsztaty (m.in. na Hobbiton, Folk Film Festiwal, Goci na Kamiennych Kręgach, oraz Arte Mare). Biżuteria z modeliny całkowicie zawładnęła moim życiem.


A czy praca z malutką córką była łatwa? No cóż…

 

Czemu KRAFCIARKA?

Rok 2015 był przełomowy. Widząc rosnące zainteresowanie zdecydowałam połączyć pasję z pracą i sposobem na życie. Wtedy oficjalnie powstała marka Krafciarka. Nazwa stworzona została jako swojego rodzaju neologizm dźwiękonaśladowczy, zapożyczony z j. angielskiego od słowa: „Craft”, oznaczającego: rękodzieło, rzemiosło, kunszt. Definiować ma osobę, pochłoniętą przez pasję tworzenia, wkładającą w swoje prace serce i zaangażowanie – mnie.

Zachęcona pozytywną reakcją otoczenia, uwierzyłam w swój talent i postanowiłam spróbować sił składając wniosek o dotację na rozpoczęcie działalności. W Sierpniu 2015r siedziałam już w nowiutkiej pracowni pisząc post na firmowym facebooku z nowiutkiego komputera zakupionego z dotacji, oczekując na kolejne spływające paczuszki z przydasiami. Dźwięk dzwonka wybrzmiewał muzykę dla mych uszu i wtedy… wtedy pierwszy raz wystraszyłam się listonosza. Oddech miał nierówny, lekko zdyszany, a wzrok z lekką nutką obłędu w oku zdawał się sugerować że jeśli będzie musiał wejść jeszcze raz na czwarte piętro, to pożegnam się z dzwonkiem, drzwiami i przydasiami włącznie. Wtedy wskazując na ogromne pudło pod drzwiami oznajmił, że na dole czekają jeszcze 3 takie kartony. Po czym zamaszyście odwrócił się do mnie plecami i mamrocząc coś pod nosem zszedł na dół po kolejną przesyłkę. ;)


 

Gdy umościłam się już w nowej pracowni, a emocje zakupowego szaleństwa nieco opadły zabrałam się za realizację biznes planu. W niedługim czasie rozpoczęłam współpracę z Centrum Kultury 105 w Koszalinie, w którym zaczęłam prowadzić warsztaty z tworzenia biżuterii dla dzieci. Sekcja cieszyła się takim zainteresowaniem, że w ciągu kilku miesięcy konieczne było utworzenie dodatkowej grupy.  




W 2016r. Rozpoczęłam organizowanie warsztatów w szkołach, w Koszalinie - dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Zamarzyłam też o sklepie internetowym, którego istnienie zawdzięczam wiedzy i umiejętnościom męża. Wtedy też zaczęliśmy wspólnie tworzyć markę Krafciarka. Otworzyliśmy sklep, który właśnie w tej chwili odwiedzasz.

Od Sierpnia 2016 Rozpoczeliśmy współpracę z Katarzyną Bosacką, dla której nadal wykonujemy biżuterię ( wtedy do programów w TVN Style - Wiem Co Jem, Wiem Co Kupuję, oraz Dzień Dobry TVN) obecnie do nagrań na kanale Youtube EkoBosacka i na użytek własny.

W Listopadzie 2016 na zamówienie wydawnictwa Publicat wykonaliśmy 50 par kolczyków, składających się z 200 miniaturowych pierożków. Zostaliśmy zaproszeni na premierę najnowszej książki Kasi Bosackiej: "Bosacka Po Polsku - Nowoczesne Przepisy Kuchni Polskiej". Spotkanie autorskie odbywało się w Pałacu Ujazdowskim w restauracji Qchnia Artystyczna (Marty Gessler), każdy z gości otrzymał w prezencie przedsprzedażowe egzemplarze książki z autografem i dedykacją, oraz wykonane przez nas kolczyki.

W międzyczasie pojawiliśmy się klika razy w lokalnych gazetach, udzieliliśmy kilku wywiadów (np. dla radia Eska) i udało nam się nie zwariować od tych atrakcji.



Z miasta na wieś.

W marcu 2017r Przeprowadziliśmy się na wieś, w okolicę Sławna. Zwabieni przestrzenią, czystym powietrzem i pięknem natury. Przeprowadzka pozwoliła na zrealizowanie kolejnego marzenia, mianowicie do naszej rodziny dołączyła Arya (suczka Golden Retrievera) nooo i kolejna szafa na przydasie do pracowni ma się rozumieć. Listonosz w Koszalinie też odetchnął z ulgą.

 



Obecnie:

Stale rozbudowujemy warsztat i staramy rozwijać naszą wiedzę i doskonalić umiejętności. By dotrzeć tu gdzie jesteśmy pokonaliśmy długą i krętą drogę. Włożyliśmy w to ogrom pracy, godziny nauki, szkoleń, wiele emocji i serca. Praca rękodzielnika nigdy nie była i nie będzie łatwa. Wymaga stałego zwiększania jakości wyrobów; obsługi; zdjęć; wizerunku.
Ale dzięki temu że nie poddałam się (choć wiele razy była ku temu okazja) udało mi się spełnić marzenie, robić to co kocham i pozyskać najlepszego partnera biznesowego ever – mojego męża. Praca wykonywana z pasją nigdy się nie nudzi, bo nigdy nie ma się jej dość.

Dziś oboje chorujemy na przypadłość rękodzielnika i zbieramy przydasie. Prowadzimy sklep internetowy i realizujemy zamówienia indywidualne. W sezonie letnim wystawiamy nasze stoisko w Darłowie, a okresie przedświątecznym możecie nas spotkać w galerii handlowej EMKA w Koszalinie (parter na wprost Sano).


Tak oto dobrnęliśmy do końca opowieści o rękodzielniczce i jej miłości do miniatur z modeliny.

Dziękuję wszystkim którzy przyczynili się do realizacji moich marzeń. Mężu, Szefu wszystkich szefów ;) Tobie najmocniej za wsparcie, pomoc i anielską cierpliwość. Rodzicom na których zawsze mogłam liczyć i oczywiście Justynie, która sprzedała mi tego rękodzielniczego nieuleczalnego wirusa.

The END

 

Jeśli chcecie na bieżąco śledzić nasze poczynania, zapraszam do odwiedzania zakładki Aktualności, oraz obserwowania naszych profili na Instagramie i facebooku.

Napisz odpowiedź

* Imię
* E-mail: (nie zostanie ujawniony)
   Stwona www (adres url http://)
* Komentarz:
Wpisz kod: